filie

NR. 68-73 ZAGRODY Z GOŁKOWIC DOLNYCH

Zabudowania kolonistów józefińskich. Pięć białych, murowanych budynków stojących szczytem do drogi. Budynki połączone ze sobą bramami, kryte są dachówką. Na końcu uliczki drewniany kościół ze Stadeł.

Repliki trzech murowanych zagród z Gołkowic Dolnych z przełomu XVIII i XIX w. zbudowano z materiałów współczesnych. Budynki szeregowo usytuowane szczytem do drogi powtarzają typowy układ przestrzenny dawnej wsi, tzw. ulicówkę. Każda z zagród tworzy podwórze zamknięte murem z bramą wjazdową i furtką.
Jeden zespół (numery 68 i 69) został urządzony jako gospodarstwo sołtysa niemieckiej wsi na Sądecczyźnie. Składa się z dwóch budynków: domu mieszkalnego, stajni i szopy gospodarczej pod jednym dachem oraz ustawionego równolegle podpiwniczonego spichlerza. Budynki murowane, tynkowane i bielone. Dachy kryte dachówką ceramiczną.
Wnętrze urządzono jako mieszkanie średniozamożnej rodziny kolonistów niemieckich z przełomu XIX i XX wieku; w znacznej mierze odbiega ono od wyposażenia polskich domów wiejskich, a jego charakter zbliżony jest do mieszczańskiego. Część mieszkalna składa się z sieni, kuchni, izby i alkierza.

Wnętrze izby w domu niemieckiego sołtysa. Ściany białe, tynkowane, wiszą na nich obraz i makata. Na środku stół przykryty ozdobnym, czerwonym obrusem. Na stole stoi biała lampa naftowa.

Izba miała charakter reprezentacyjny, dzieci nie mogły do niej wchodzić. Stoi tam komplet czarnych mebli mieszczańskich i solidne łóżka. Krzesła pochodzą z fabryki mebli giętych w Jazowsku. Pod oknem na stoliku gramofon z tubą i płyty winylowe.
Sąsiednie pomieszczenie to alkierz, urządzony skromniej. Są tu dwie duże szafy, wiklinowe kosze podróżne, kołyska. Kilka ciekawych drobiazgów: album pochodzący z Austro-Węgier, laska z metalowymi blaszkami przedstawiającymi niemiecką architekturę miejską, lalka z lat trzydziestych XX w., należąca do córki ostatniego przedwojennego wójta Stadeł.

Kuchnia w domu niemieckiego sołtysa. Zbliżenie na piec. Na piecu stoi brązowy garnek, o który oparta jest chochla. W tle półka na naczynia oraz ozdobna chustka wisząca na ścianie.

W kuchni obszerny, ceglany piec z paleniskiem pod blachą i wyprowadzeniem dymu przez komin. W białym kredensie liczne naczynia i przedmioty codziennego użytku. Dużo drobiazgów pochodzenia fabrycznego, także nowoczesny na tamten czas sprzęt kuchenny, jak maszynki do mięsa czy maku.
Z kuchnią i sienią sąsiaduje stajnia, do której można też wejść wprost z podwórza. Stajnia wyłożona dyliną. Wydzielona jest obszerna część dla krów, po drugiej stronie dla konia. Przy wejściu wiszące wyrko dla parobka. Od szczytu do stajni dobudowana szopa na wozy i sanie, znajdują się tam także narzędzia i maszyny rolnicze.
Pozostałe obiekty (numery 70 do 73) to rekonstrukcje adaptowane na inne potrzeby Muzeum. W budynku nr 70 znajdują się sale wystaw zmiennych.

Wnętrze stajni w zagrodzie niemieckiego sołtysa. Po prawej stronie słoma, żłób i dwie drewniane przegrody. Po lewej zawieszone pod ścianą drewniane wyrko dla parobka. Wyrko wyłożone słomą, na niej biała pościel.

Obraz – litografia barwna „Anioł Stróż”

Obraz w drewnianej, brązowej ramie zawieszony na ścianie. Na obrazie Anioł Stróż w białej szacie , z długimi włosami i parą dużych, białych skrzydeł. Idzie za dzieckiem w czerwonym ubranku przechodzącym przez drewniany, zdezelowany mostek nad przepaścią.

Nr inw. MNS KW 14313 EI/2835
Materiał: papier, druk barwny
Wymiary: w świetle obrazu 60 x 48 cm, w ramie 72 x 60 cm
Datowanie: 1. poł. XX w.
Miejsce pochodzenia: Marcinkowice (pow. nowosądecki, woj. małopolskie)

Większość z nas zna lub pamięta z dzieciństwa obraz przedstawiający anioła stróża ochraniającego dziecko przed niebezpieczeństwem, wiszący w pokoju dziecinnym lub nad łóżkiem dziecka. Wyobrażenia takie stały się szczególnie popularne w drugiej połowie XIX wieku i w następnym stuleciu – w czasach, kiedy zarówno do mieszczańskich domów, jak i pod strzechy wiejskich chałup trafiały licznie wówczas wytwarzane, tanie i łatwo dostępne barwne litografie i oleodruki o treści religijnej. Przykłady takich obrazów posiadamy również w naszych zbiorach.

Jeden z nich można zobaczyć  w sektorze kolonistów józefińskich, w domu niemieckiego sołtysa  z Gołkowic Dolnych. Obraz wisi na ścianie w alkierzu. W pobliżu znajduje się kołyska, a na wiklinowym koszu siedzi lalka z długimi warkoczami – wyraźne jest więc w aranżacji ekspozycji powiązanie tego wizerunku z dziećmi. Podczas zwiedzania skansenu można porównać wnętrza typowych wiejskich domostw polskich i łemkowskich oraz domu Niemców Galicyjskich. W tym ostatnim na pierwszy rzut oka zwraca uwagę drobnomieszczański charakter wyposażenia i urządzenia wnętrza, podobne cechy można jednak zaobserwować też w mieszkaniu nauczyciela w szkole z Nowego Rybia, w zamożnej zagrodzie chłopskiego posła z Zagorzyna, nie wspominając już o wytwornie urządzonym dworze szlacheckim. Różnice pojawiają się jednak, gdy przyjrzymy się zawieszonym na ścianach obrazom. We wnętrzach polskich i łemkowskich, niezależnie od zamożności, znajdują się wizerunki Matki Bożej i świętych, a także różne wyobrażenia i motywy ikonograficzne charakterystyczne tylko dla obrządku rzymskokatolickiego (np. Serce Pana Jezusa i Serce Matki Bożej, Niepokalane Poczęcie NMP) lub wschodniego (np. Pokrow, Matka Boża Życiodajne Źródło). Urządzenie wnętrza domu niemieckiego sołtysa jest typowe dla protestantów. Występują tam obrazy o tematyce świeckiej, wywodzące się z tradycji mieszczańskiej, a z wizerunków religijnych można odnaleźć wyobrażenia Chrystusa (Chrystus w koronie cierniowej oraz Ukrzyżowanie). Istniały także motywy pojawiające się zarówno u protestantów, jak i u katolików. Należy do nich właśnie wyobrażenie anioła stróża, w tej samej formie obecne w domach przedstawicieli różnych wyznań. Choć anioł stróż to opiekun człowieka w każdym wieku, od narodzin do śmierci, to jego wizerunki wiązano głównie z dziećmi. Bardzo częste były tzw. „obrazy nad przepaścią”, nieraz w osobnych wersjach dla chłopców i dziewczynek (czasem też ukazujące dzieci obojga płci). Przedstawiały one dziecko w niebezpiecznej sytuacji (właśnie nad przepaścią, przechodzące po kruchej kładce nad potokiem, bawiące się nad wodą lub na drodze) ochraniane przez anioła stróża, zazwyczaj wyobrażonego w postaci młodej, uskrzydlonej kobiety w długich szatach. Do tego rodzaju obrazów należy ten eksponowany w alkierzu niemieckiego domu z Gołkowic  Dolnych. Ukazuje ubraną w czerwoną sukienkę dziewczynkę z koszykiem i bukiecikiem kwiatów, przechodzącą przez dziurawy mostek nad przepaścią, na tle górskiego pejzażu. Za plecami dziewczynki stoi anioł w postaci młodej kobiety o rozpuszczonych kasztanowatych włosach, w białej szacie i z białymi skrzydłami. Nad głową anioła widnieje jasna gwiazda. Poniżej wizerunku widoczny jest podpis w języku niemieckim: „Gott schützeunsere Kinder” („Bóg chroni nasze dzieci”).

Przy okazji warto wspomnieć, że postacie aniołów stróżów, chociaż części z nas kojarzą się głównie z dzieciństwem, w chrześcijańskiej teologii i sztuce znane są od bardzo dawnych czasów. Wzmianki o aniołach stróżach pojawiają się w Biblii. Bazyli Wielki, żyjący w IV wieku teolog i jeden z Ojców Kościoła, głosił, że każdy człowieka ma swojego anioła stróża. W kościele rzymskokatolickim w roku liturgicznym wspomnienie Świętych Aniołów Stróżów obchodzone jest 2 października. Motyw anioła stróża w sztuce stał się popularny od XVII wieku, wtedy pojawiły się też wyobrażenia aniołów stróżów strzegących dzieci. Co ciekawe, aniołowie występują nie tylko w wierzeniach judaistycznych i chrześcijańskich, ale także w takich religiach jak islam i zaratusztrianizm.

W polskiej tradycji ludowej postacie aniołów najczęściej pojawiały się w przedstawieniach grup kolędniczych, kolędach, pastorałkach i jasełkach. Anioły bywały czasem bohaterami ludowych baśni i opowieści, choć nie tak często jak różne byty demoniczne. Często pojawia się motyw anioła i diabła walczących o duszę ludzką. Anioły zjawiają się zwykle w chwili narodzin człowieka, a potem w momencie jego śmierci. Kazimierz Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” wspominał o wierzeniu, wedle którego przed narodzinami dziecka niewidzialne postacie aniołów siadają w oknach domu modląc się o szybkie i pomyślne rozwiązanie. Potem przez trzy dni czuwają nad kołyską niemowlęcia. Gdy się od niej oddalają, zapalają na niebie nową gwiazdę, związaną z życiem nowo narodzonego, a zrzucają ją z nieboskłonu w chwili śmierci tego człowieka. Wierzono również, iż aniołowie strzegli ludzi i obserwowali ich życie. Gdy człowiek każdego dnia kładł się spać, mieli pojawiać się przy nim zarówno anioł, jak i diabeł, zapisując czyny dobre i złe. Później te zapiski były podstawą sądu nad duszą. Modlono się o przybycie aniołów w chwili śmierci. Natomiast po śmierci anioł towarzyszy ludzkiej duszy w drodze w zaświaty, a potem opiekuje się duszą przebywającą w czyśćcu. Według ludowych wyobrażeń szczególną troską aniołowie mieli otaczać sieroty. Aniołowie strzegli także niebios przed intruzami, a najbardziej znaną anielską postacią w tradycji ludowej był Archanioł Michał, często w sztuce ukazywany jako anielski wojownik pokonujący Szatana i strącający go do piekła.

Bogusława Błażewicz

Ważniejsza literatura:
Elżbieta Oficjalska, „Obrazy święte i (nie)święte. Oleodruki religijne u katolików i protestantów na Śląsku Opolskim (1860-1945)”, „Kwartalnik Opolski”, 2018, 1
Kazimierz Moszyński, „Kultura ludowa Słowian, t. 2: Kultura duchowa”, Warszawa 1967
Piotrowski, „W przestrzeni anielskich wędrówek – kilka słów o obrazach z postaciami aniołów”, [w:] „Anioł w literaturze i w kulturze”, t. 1, red. J. Ługowska, J. Skawiński, Wrocław 2004
Fot. Piotr Droździk

 

Gramofon „Muzaphon”

Wnętrze izby w domu niemieckiego sołtysa. Na pierwszym planie stół przykryty czerwonym obrusem, na nim biała lampa naftowa. Pod oknem na drewnianym stoliczku stoi gramofon. Gramofon ma postać drewnianej skrzynki z dużą, metalową tubą. Pod oknem na drewnianym stoliczku stoi gramofon. Gramofon ma postać drewnianej skrzynki z dużą, metalową tubą. Na skrzyneczce umieszczona czarna płyta winylowa.

Nr inw. MNS KW 12766 EI/4150
Wymiary: wysokość 20,5 cm; z tubą 72 cm; podstawa: 34,5 cm x 34,5 cm
Miejsce pochodzenia: Zagorzyn (pow. nowosądecki, woj. małopolskie)

W reprezentacyjnej izbie domu sołtysa z Gołkowic doskonałym uzupełnieniem drobnomieszczańskiego stylu wnętrza jest gramofon firmy „Muzaphon”. Położony jest pod oknem, na ciemnym stoliczku nakrytym białą serwetą. Na ciemnobrązowej, drewnianej „skrzyneczce” o czarnych krawędziach ulokowana jest płyta. Po puszczeniu jej w ruch za pomocą korbki, przymocowana do membrany igła gramofonu drga równolegle do płyty, „płynąc” w wyżłobionych na jej płaszczyźnie rowkach, będących monofonicznym zapisem dźwięku. W ten sposób następuje jego odtworzenie, a górująca nad drewnianą „skrzyneczką” ozdobna tuba wzmacnia słyszalność zapisanego na płycie utworu. W ten nieskomplikowany sposób można było przed II wojną światową delektować się muzyką, odtwarzając do woli ulubione utwory. W kontekście naszego skansenu, gołkowicki sołtys cieszyć się mógł dźwiękami muzyki klasycznej. Gramofon prezentowany na ekspozycji z powodzeniem mógłby stać się ozdobą wielu współczesnych mieszkań zaaranżowanych w stylu vintage. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z ogromnej przemiany jaka nastąpiła w rzeczywistości kulturowej na przełomie XIX i XX wieku, czego świadectwem jest prezentowany na ekspozycji przedmiot.

Pierwowzorem gramofonu był fonograf skonstruowany przez Thomasa Edisona w 1877 r. Przedmiot ten służył zarówno do nagrywania dźwięku jak i jego odtwarzania poprzez użycie metalowych cylindrów pokrytych cynową folią, na których utrwalany był zapis fali akustycznej.  Mimo początkowego zachwytu nad pozornie niemożliwym utrwaleniem nieuchwytnego dźwięku szybko dostrzeżono mankamenty urządzenia. Po pierwsze dźwięk odtwarzany na fonogramie był słabo czytelny. Dodatkowo cylindrów z zapisem nagranego dźwięku nie można było powielać, a wielokrotne odsłuchiwanie nagrania skutkowało zniszczeniem nośnika. W 1885 r. Aleksander Graham Bell zaprezentował grafofon, który był udoskonaloną formą fonografu. Zmiana polegała na zastąpieniu folii cynowej woskiem, co poskutkowało lepszą jakością otrzymywanego dźwięku. Thomas Edison ponownie zajął się swoim wynalazkiem i w celu jego ulepszenia zrezygnował zupełnie z cylindrów metalowych na rzecz woskowych.

Edison postrzegał  fonograf jako dyktafon, urządzenie która ma na celu rejestrować dźwięk w celach edukacyjnych czy dokumentacyjnych. Wierzył, że dzięki jego wynalazkowi będzie można nagrywać utwory literackie dla osób niewidomych, rejestrować poprawną wymowę z pożytkiem dla osób uczących się języków czy też utrwalać rozmowy, wspomnienia i relacje świadków historycznych wydarzeń. Edukacyjno–dokumentacyjne zastosowanie znalazł fonograf w ręku Bronisława Piłsudskiego, brata marszałka Józefa Piłsudskiego, który za pomocą tego nowoczesnego jak na tamte czasy urządzenia rejestrował język, podania i pieśni Ajnów. Dzięki temu działaniu udało się udokumentować i ocalić dla potomnych dziedzictwo tego azjatyckiego ludu.

W 1887 r. Emile Berliner opatentował gramofon, gdzie zamiast woskowych cylindrów nośnikiem dźwięku była płyta, początkowo wykonana ze szkła okopconego sadzą, następnie konstruowana z masy szelakowej, a w następnej kolejności z winylu. Dźwięk pochodzący z płyty gramofonowej był zadowalającej jakości i co najważniejsze, płytę taką można było wielokrotnie powielać. Wbrew oczekiwaniom twórców, edukacyjno-dokumentacyjne przeznaczenie gramofonu ustąpiło miejsca jego rozrywkowemu zastosowaniu. Stał się on nowinką podczas spotkań towarzyskich w środowisku miejskim. W ich trakcie tańczono do odtwarzanych na gramofonie utworów muzycznych. Opisywane urządzenie po pewnym czasie obecne było także w wiejskiej rzeczywistości. Początkowo dźwiękami płynącymi z gramofonu mogli cieszyć się wyjątkowi mieszkańcy wsi, wyrastający poza swoje najbliższe otoczenie i mający częste kontakty z tzw. „światem”. W późniejszym okresie, po II wojnie światowej, gramofon stawał się coraz powszechniejszy wśród pozostałych mieszkańców wsi i dał podwaliny pod dalsze urządzenia audio, na których można było utrwalać i odtwarzać dźwięk. W ten sposób zmalał popyt na wiejskich muzykantów, którzy z powodzeniem zastępowani byli nowoczesnym urządzeniem podczas okazjonalnych spotkań. Gramofon, liczne płyty winylowe z nagraniami popularnych artystów nie pozostały bez wpływu na repertuar wiejskich kapeli. Od tego czasu „nowoczesne” utwory wchodzące w skład tzw. muzyki rozrywkowej coraz mocniej zaczęły zastępować stare, znane przez poprzednie pokolenia melodie.

Kamil Basta

Ważniejsza literatura:
Mieczysław Kominek, „Zaczęło się od fonografu…”, Kraków 1986
Adam Czech, „Sprzedawcy wiatru. Muzykanci i ich muzyka między wsią a miastem”, Warszawa 2008
Fot. Piotr Droździk

 

Pojemniki porcelanowe

Cztery białe pojemniki porcelanowe stojące na kredensie. Na ich frontowej ścianie delikatny złocony ornament w formie cienkich linii i geometrycznych motywów oraz pasek jasnoróżowych kwiatów na ciemnym tle. Każdy pojemnik ma złoty napis po niemiecku, oznaczający zawartość.

Nr inw. MNS KW 19044 EI/5511
Materiał: porcelana biała, glazurowana
Wymiary: wysokość z pokrywką ok. 19,5 cm, wysokość bez pokrywki 15,5 cm, wymiary podstawy 12,3 x 10,5 cm
Datowanie: XX w.
Miejsce pochodzenia: Nowy Sącz (woj. małopolskie)

Zagroda kolonistów niemieckich w Sądeckim Parku Etnograficznym wyróżnia się na tle innych chłopskich domostw drobnomieszczańskim wystrojem wnętrza. Wśród znajdujących się w dużej kuchni mebli i sprzętów można zobaczyć pomalowany na biało kredens, mieszczący różne naczynia, sztućce i drobne urządzenia kuchenne. Na górze kredensu, obok butelek, naczyń i kilku puszek zwraca uwagę komplet czterech pojemników na produkty sypkie wykonanych z białej porcelany.

Pojemniki mają prostokątne podstawy i lekko wypukłe ścianki. Nakryte są luźno położonymi pokrywkami zaopatrzonymi w półokrągłe uchwyty. Z przodu zdobi je delikatny złocony ornament w formie cienkich linii i geometrycznych motywów. U góry na frontowej ściance umieszczony jest poziomy pas wzoru z jasnoróżowych kwiatów na ciemnym tle, natomiast na środku każdy pojemnik ma napis po niemiecku, wykonany złoconymi literami i określający zawartość. Są to: „Reis” (ryż), „Gries” (kasza manna, grysik), „Nudeln” (makaron) oraz „Zucker” (cukier).

W dzisiejszych czasach trudno wyobrazić nam sobie kuchnię i nasze codzienne pożywienie bez tych produktów, a zwłaszcza bez makaronu, ryżu czy cukru. W przypadku cukru, jest on tak powszechny, że przeciwnie – staramy się często na różne sposoby ograniczać jego spożycie. Jak to jednak wyglądało w czasach wcześniejszych, od jak dawna produkty te są znane i od kiedy goszczą na polskich stołach?

Dziki ryż pochodzi z Azji, pokrewny gatunek występuje też w Ameryce Północnej. W Chinach ryż był uprawiany już co najmniej 5000 lat p.n.e. Stamtąd jego uprawa rozprzestrzeniła się na inne kraje azjatyckie. Gatunek dzikiego ryżu rosnącego w Ameryce Północnej był zbierany przez różne plemiona indiańskie. Ryż uprawny z Azji do Europy trafił na początku naszej ery i zyskał popularność głównie w rejonie śródziemnomorskim. Pod koniec średniowiecza uprawiany był we Włoszech. W Polsce w owym czasie i przez parę następnych stuleci był drogim, importowanym towarem, obecnym w kuchni szlachty i zamożnych mieszczan. Pod koniec XIX wieku znany był już także mieszkańcom wsi, choć traktowany jako produkt luksusowy. Jak można przeczytać w „Ziemi Bieckiej”, w latach 80. XIX w. na Pogórzu: „Kasę ryżową (ryż) gotują na mleku i tę jedzą tylko podczas świąt uroczystych, a w czasie żniw lub jesiennej młocki dają zarobnikom, nazywając ją powszechnie specjałem.”

Zarówno kaszę mannę jak i makaron wyrabia się z pszenicy (choć znane są makarony z innych zbóż, np. azjatycki makaron ryżowy). Pszenica, występująca w kilku gatunkach, należy do najwcześniej udomowionych roślin. Około 11 tysięcy lat temu na obszarze tzw. Żyznego Półksiężyca na Bliskim Wschodzie zaczęto uprawiać pszenicę płaskurkę oraz samopszę. Dzikie formy tych zbóż były zbierane przez ludzi już w okresie paleolitu. Pszenica zwyczajna również pochodzi z tamtych terenów i powstała ok. 8500 lat temu na skutek mutacji i krzyżowania się wcześniejszych odmian tego zboża, w tym orkiszu. Kasza manna wytwarzana jest z ziaren pszenicy zwyczajnej i jest bardzo drobna w porównaniu z innymi rodzajami kasz. Znana jest również jako grysik (widać tu podobieństwo do niemieckiej nazwy Gries). Samo słowo manna pojawia się w Biblii na określenie pokarmu zesłanego przez Boga Izraelitom głodującym na pustyni. Według biblijnych przekazów owa manna była biała, drobnoziarnista, słodka w smaku i topiła się na słońcu. Uczeni próbowali powiązać tę substancję z realnie istniejącymi roślinami, m.in. z wydzieliną krzewów tamaryszkowych lub owocami ochradenusa jagodowego. Natomiast w Europie na podmokłych glebach terenów nizinnych rośnie trawa zwana manną jadalną. Obecnie jest to roślina nieco zapomniana, ale w minionych stuleciach z jej ziaren wyrabiano kaszę. Do końca XIX wieku była ona nawet przedmiotem handlu i polskim towarem eksportowym. Jeśli chodzi o makaron, to nie jest do końca ustalone, skąd pochodzi. Podobne pożywienie znane było w Chinach już przed kilkoma tysiącami lat, ale także na Bliskim Wschodzie i na obszarze śródziemnomorskim. Suszony makaron, podobny do współczesnego, według arabskich relacji miał być wytwarzany na Sycylii już w XII wieku. W Europie makaron związany jest zatem z tradycyjną kuchnią włoską – także z języka włoskiego pochodzą nazwy różnych jego rodzajów. W Polsce domowego wyrobu makarony, często zwane „kluskami”, znane były już pod koniec XIX wieku nawet wśród mieszkańców wsi. Według informacji zebranych przez autorów „Ziemi Bieckiej” w latach 80. tamtego stulecia na Pogórzu: „Makaron robią w ten sposób: do mąki pszenicznej wbijają jedno lub dwa jaja, do niej wlewają trochę wody lub mleka, to zarabiają na ciasto, które roztaczają wałkiem, następnie zwijają, posypują mąką, aby się nie zlepiło, krają nożem lub tasakiem na płatki, wrzucają je na wrzącą osoloną wodę lub mleko, mieszają, a po zagotowaniu wysypują na miskę. Potrawa ta również należy do specjałów.”

W Europie przed pojawieniem się cukru źródłem słodyczy był miód, pozyskiwany z barci lub, później, od pszczół hodowanych w ulach. Cukier trzcinowy pochodzący z Azji po raz pierwszy pojawił się w Europie już w starożytności (prawdopodobnie dzięki azjatyckim podbojom Aleksandra Wielkiego), ale był bardzo drogi i trudno dostępny. Na Bliskim Wschodzie i w rejonie Morza Śródziemnego kilka stuleci później rozpowszechnili go Arabowie. Oni także założyli pierwsze w tej części świata plantacje trzciny cukrowej na Krecie. W Europie cukier stał się bardziej znany od czasu wypraw krzyżowych. Po odkryciu Ameryki europejscy kolonizatorzy zaczęli zakładać w Ameryce Środkowej i Południowej wielkie plantacje trzciny cukrowej, na których wykorzystywano pracę sprowadzanych z Afryki niewolników. W XVIII wieku natomiast udało się opracować metodę pozyskiwania cukru z buraków. Już pod koniec XVIII wieku we dworach na ziemiach polskich wyrabiano słabo rafinowany cukier z buraków – rodzaj płynnej melasy. Pierwsza przemysłowa cukrownia na świecie korzystająca z buraków powstała na Śląsku w 1802 roku. Od tego czasu europejska produkcja cukru z tego surowca zaczęła szybko się rozwijać, a sam cukier z rzadko używanego dobra luksusowego stawał się coraz tańszy i łatwiej dostępny, stopniowo trafiając także do mieszkańców wsi, choć w Galicji cukrownictwo stało nisko i spożycie cukru było mniejsze niż w Królestwie Polskim czy w zaborze pruskim. Dawniej cukier był sprzedawany w formie „głów” – dużych brył, które przed spożyciem należało rozbić lub rozłupać na mniejsze kawałki. W latach 30. XX wieku Melchior Wańkowicz stworzył legendarne już hasło reklamowe „Cukier krzepi”. W dzisiejszych czasach cukier obecny jest w większości przetworzonych produktów, więc odwrotnie niż dawniej – próbuje się jego spożycie ograniczać. Z dobra luksusowego cukier, zwłaszcza buraczany oraz w formie syropu glukozo-fruktozowego, stał się składnikiem tzw. „śmieciowego jedzenia”.

Bogusława Błażewicz

Ważniejsza literatura:
Maria Ochorowicz-Monatowa, „Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi”, Warszawa – Lwów 1914
Tomasz Czerwiński, „Wyposażenie domu wiejskiego w Polsce”, Warszawa 2009
„Ziemia Biecka. Lud polski w powiatach gorlickim i grybowskim”, red. Seweryn Udziela, Nowy Sącz 1994
Ogród Botaniczny Uniwersytetu Warszawskiego – „Przystanek 3. Manna z Mazowsza – manna jadalna i manna mielec” (http://www.ogrod.uw.edu.pl/zwiedzanie/sciezki-dydaktyczne/pozytki-z-roslin/przystanek-3-manna-z-mazowsza-manna-jadalna-i-manna-mielec; dostęp: 6.11.2020.)
Fot. Piotr Droździk

 

„Marjen Album”

Drewniany stół w alkierzu domu niemieckiego sołtysa. Na nim leży zamknięta gruba, duża księga. Oprawa w kolorze ciemnozielonym. Wnętrze albumu kolekcjonerskiego. Kartki o kolorze ciemnozielonym ze złotym, ozdobnym wzorkiem kwiatowym. Na obu stronach przyklejonych kilka niewielkich kartek religijnych. Na kartkach różne wizerunki Marii z Dzieciątkiem.

Wnętrze albumu kolekcjonerskiego. Jedna strona w kolorze ciemnozielonym z ozdobnym wzorem geometrycznym. Druga strona w kolorze niebieskim. Na obu stronach przyklejonych kilka niewielkich kartek religijnych. Na kartkach różne wizerunki Marii Zbliżenie na trzy kartki dewocyjne przyklejone na dole strony. Dwa z nich mają ozdobną, koronkową ramkę. Na kartkach różne wizerunki Marii.

Nr inw. MNS KW 19043, EI/5510
Wymiary: długość: 34,5 cm, szerokość: 21,5 cm
Datowanie: pocz. XX w.

 W domu niemieckiego sołtysa z Gołkowic Dolnych znajduje się niezwykle interesujący przedmiot, świadek kolekcjonerskiej pasji – „Marjen album”. Jest to opasły tom składający się z 156 stron o wzorzystym, ozdobnym tle, na które naklejone są obrazki maryjne. Są one uporządkowane tematycznie przez autora zbioru. Przedstawiają Matkę Boską zarówno w różnych etapach jej życia – Zwiastowanie, Narodziny Jezusa w Betlejem, Wniebowzięcie, jak i prezentują liczne wizerunki Marii z popularnych sanktuariów i kościołów leżących na terenie Austro–Węgier, takich jak Mariazell, Absam, Wiedeń, Freinberg, Maria Taferl, Filippsdorf, Praga, Vranov, Tuchów, Kalwaria Zebrzydowska. Ponadto w albumie znalazły się obrazy Marii z różnych miejsc świata, zarówno leżących „za miedzą”, np. Częstochowa, Wambierzyce, jak i odleglejszych: Genua, Rzym, Wilno, Lourdes a nawet Guadelupe i Kongo Belgijskie. Na niewielkich karteczkach oglądać można różne przedstawienia Marii znane z ikonografii – Matkę Boską Różańcową, Szkaplerzną, Karmiącą, z Dzieciątkiem, Niepokalaną, Bolesną, Świętą Rodzinę, a także świętych, których życiorysy splecione były z postacią Marii – św. Anna, św. Joachim, św. Stanisław Kostka, św. Franciszek. Podpisy, sentencje i wezwania na obrazkach zapisane są w różnych językach, najwięcej po niemiecku.

Historia powstania obrazka religijnego sięga odległych czasów. Pierwsze przedstawienia dewocyjne pojawiły się pod koniec XIV wieku w postaci luźnych kart z miniaturami ze średniowiecznych modlitewników. Produkcja obrazków religijnych skupiała się przede wszystkim przy ośrodkach pielgrzymkowych, klasztorach i sanktuariach, a ich popularność wśród pątników rosła wraz z rozwojem sztuki drzeworytniczej i miedziorytniczej. Wynalazek druku z XV wieku przyczynił się do upowszechnienia obrazka religijnego na szeroką skalę. W Polsce w XVI i XVII wieku większość obrazków pochodziła z terenów Niemiec i Włoch. Jednak niezależnie od oficyn zagranicznych i masowości ich produkcji zaczęły powstawać krajowe wytwórnie obrazków religijnych. Na przestrzeni wieków zmieniały się również materiały, z których je wytwarzano. Najstarsze malowano na papierze lub pergaminie jak również haftowano na płótnie. Wzrost zainteresowania małymi przedstawieniami dewocyjnymi spowodował doskonalenie form wytwarzania obrazków świętych. Szersza dostępność różnych nowych materiałów, np. poprzez podróże jezuitów na Daleki Wschód, sprawiła, że obrazki stawały się istnymi dziełami sztuki. Ozdabiane finezyjnymi ornamentami, koronkami, drobinami złota czy masy perłowej, zyskiwały na kompozycji, wywołując niekiedy silne wrażenia estetyczne. Postęp techniczny w XIX wieku zintensyfikował produkcję obrazków. Dzięki powstaniu wielobarwnego druku litograficznego zwiększyło się ich rozpowszechnianie. W XX wieku znaczenie obrazków świętych zmalało, m. in. z powodu pojawienia się kartek świątecznych i pocztówek.

„Święte obrazki” opowiadają o religijności właścicieli poprzez ślady użytkowania – zagięte i podniszczone rogi, przetarte wizerunki z ledwo dostrzegalną postacią świętego, użycie jako zakładki w książeczkach do nabożeństwa. Obrazki nabywane były jako pamiątki z pielgrzymki czy ważnych wydarzeń w lokalnej społeczności, takich jak prymicje rodaka, rozdawane były przez księży podczas corocznej wizyty duszpasterskiej. Czasem pełniły funkcję dydaktyczną. Dzięki nim można było zapoznawać najmłodszych z prawdami wiary i życiorysami poszczególnych świętych. Tak było w przypadku naszego albumu, gdzie strony z przedstawieniami Bożego Narodzenia i Marii pośród dzieci noszą ślady charakterystycznych, dziecięcych bazgrołów, wykonanych ołówkiem.

W II połowie XVIII w. na podstawie patentów kolonizacyjnych cesarzowej Marii Teresy oraz cesarza Józefa II z ziem niemieckich na Sądecczyznę przybyło blisko 18 tysięcy osób, zarówno katolików, ewangelików augsburskich i ewangelików reformowanych. Na nowych terenach przybysze budowali swoje domostwa odmienne od miejscowych chłopskich zagród oraz organizowali życie religijne właściwe dla praktykowanego wyznania. W kontekście opisywanego eksponatu ciekawa jest rola Marii i sposób postrzegania tej postaci przez ewangelików, który różni się od katolickiego. Matka Boska uznawana jest przez ewangelików za matkę Jezusa Chrystusa, stanowi wzór doskonałego chrześcijańskiego życia, a jej „Magnificat” uchodzi za symbol modlącego się Kościoła. Podstawą do czerpania informacji na temat jej życia jest Pismo Święte. Ewangelicy natomiast nie przypisują Marii roli orędowniczki i pośredniczki, ponieważ zgodnie ze swoją wykładnią teologiczną zwracają się do Boga bezpośrednio bez pomocy świętych patronów.

Kamil Basta

Ważniejsza literatura:
Marecki Józef, Rotter Lucyna, „Koloniści niemieccy na ziemi sądeckiej”, Nowy Sącz 2010
Przywara Agnieszka, „Przedstawienia dewocyjne na obrazkach świętych, jako przedmiot zainteresowań kolekcjonerskich” w: Resovia Sacra r. 21 (2014)
Fot. Piotr Droździk

 

Laska drewniana

Drewniana szafa w domu niemieckiego sołtysa. Na szafie zawieszona drewniana laska w kolorze jasnobrązowym. Zbliżenie na drewnianą laskę. Do laski przybite niewielkie metalowe blaszki, przedstawiające architekturę i atrakcje turystyczne poszczególnych miejscowości.  Zbliżenie na drewnianą laskę. Do laski przybite niewielkie metalowe blaszki, przedstawiające architekturę i atrakcje turystyczne poszczególnych miejscowości. Blaszki w kolorze różnych odcieni szarości.

Nr inw. MNS KW 19143, EI/5542
Materiał: drewno z okuciami
Wymiary: długość 92 cm
Datowanie: pocz. XX w.

Na szafie w domu niemieckiego sołtysa z Gołkowic zawieszona została drewniana laska, na której błyszczą interesujące, metalowe okucia. Laska wykonana została z leszczyny, nieznacznie zwęża się ku dołowi, gdzie zakończona jest metalowym, stożkowatym okuciem. Uchwyt dopasowany do dłoni, koniec uwypuklony i zaokrąglony. U góry siedem metalowych nabitek różnego kształtu. Pierwsza nabitka przedstawia głowę jelenia z porożem, między którymi widnieje krzyż z promieniami. Pod głową zwierzęcia gałązki z drzew i charakterystyczny napis „Riesen-Gebirge”,co po polsku oznacza „Karkonosze”. Pozostałe nabitki przedstawiają architekturę miejską z niemieckimi napisami.

Wspominane metalowe nabitki nabywane były w atrakcyjnych krajoznawczo miejscach, dokąd przybywało wiele osób poszukujących rozrywki i odpoczynku. Stanowiły nagrodę i miłą pamiątkę z odwiedzanych miejsc czy zdobywanych górskich szczytów. Ich duża liczba wywoływała poczucie dumy i satysfakcji u posiadacza, a także była doskonałym tematem rozmów podczas towarzyskich spotkań. Opisywana laska jest dla nas dzisiaj świadkiem rodzącej się na przełomie XIX i XX wieku turystyki. Trzeba pamiętać, że naturalne dla współczesnych ludzi wycieczki i wypady do ciekawych miejsc, w tamtym okresie zarezerwowane były jedynie dla zamożniejszych, wyższych warstw społecznych.

We wcześniejszych wiekach podróżowanie wiązało się głównie z ruchem pielgrzymkowym, do ośrodków kultu. Ogromna zmiana nastąpiła w XIX wieku wraz z powstaniem sieci kolejowej, która umożliwiła przemieszczanie się do odległych miejsc w stosunkowo niedługim czasie. Dodatkowo sprzyjał temu klimat epoki romantyzmu, który wzmógł w ludziach potrzebę kontaktu z naturą, poszukiwania tego co pierwotne, mityczne, budzące silne przeżycia estetyczne.

Historia polskiej turystyki do 1918 roku związana była z polityką państw zaborczych, które nie interesowały się rozwojem turystyki na ziemiach podbitych. Ruch turystyczny oraz infrastruktura turystyczna nie rozkładały się też równomiernie. Najbardziej atrakcyjną pod tym względem częścią Polski były jej krańce południowe i południowo-wschodnie należące do zaboru austriackiego. W Austro-Węgrzech główny nacisk kładziono na rozwój zagospodarowania turystycznego Alp, niemniej jednak w roku 1873 powstała pierwsza polska organizacja turystyczna – Galicyjskie Towarzystwo Tatrzańskie, które zmieniło później nazwę na Towarzystwo Tatrzańskie, a następnie na Polskie Towarzystwo Tatrzańskie. Nieco inaczej niż w Austrii rozwijała się turystyka w Niemczech, gdzie już na początku XIX wieku miał miejsce poważny rozwój uzdrowisk, a w drugiej połowie XIX wieku w oparciu o rozbudowaną sieć kolejową i w wyniku wzrostu zamożności społeczeństwa, powstał zaczątek przemysłu turystycznego. Na Śląsku, znajdującym się w granicach Prus, turystyka rozwijała się dość prężnie, a znaczna atrakcyjność Karkonoszy i Ziemi Kłodzkiej powodowała, że rozwój turystyki na tych terenach można uznać za szczególnie intensywny. To właśnie tu w 1813 roku z rąk króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III Franz Pabel otrzymał nominację na „mianowanego królewskiego przewodnika i kasjera Szczelińca Wielkiego”. Była to pierwsza w Europie urzędowa nominacja przewodnicka.

Po odzyskaniu niepodległości możliwości rozwoju turystyki w Polsce były nadal ograniczone. Po 123 latach zaborów koniecznym było zbudowanie własnego aparatu państwowego. Dodatkowo ogromnych nakładów wymagała naprawa zniszczeń wojennych. Zubożałe społeczeństwo nie wykazywało większego zainteresowania uprawianiem turystyki, a inwestycje turystyczne przegrywały walkę o środki finansowe z inwestycjami przemysłowymi i infrastrukturalnymi. Mimo wielu przeszkód, administracja państwowa dostrzegła możliwości rozwoju turystyki, tworząc w 1919 roku w Ministerstwie Robót Publicznych Referat Turystyki. Szereg działań w tej dziedzinie podjętych w ciągu całego dwudziestolecia międzywojennego, przerwał gwałtownie wybuch II wojny światowej.

Kamil Basta

Ważniejsza literatura:
Piotr Gryszel, „Zarys historii turystyki w Polsce”, 2015
Jacek Karaś, „Początki turystyki w Polsce”, „Saeculum Christianum: pismo historyczno-społeczne” 15/2, 2008
John Urry, „Spojrzenie turysty”, Warszawa 2007
Fot. Piotr Droździk

 

Lalka

Lalka w domu niemieckiego sołtysa. Lalka z masy plastycznej, siedzi na wiklinowym kufrze. Ubrana w jasną sukieneczkę z falbankami. Ma dwa długie blond warkocze. Twarz lalki w domu niemieckiego sołtysa. Ma czerwone usta, niebieskie oczy i długie rzęsy. Na głowie czerwona opaska. Po bokach dwa długie blond warkocze.

Nr inw. KW 19421, EI/5588
Datowanie: lata 30. XX w.
Materiał: masa plastyczna, tkanina
Wymiary: wys. 45 cm
Miejsce pochodzenia: Gołkowice Dolne (pow. nowosądecki, woj. małopolskie)

Laka z rumianą, pełną twarzą małej dziewczynki, mrugającymi oczami zrobionymi z niebieskiego szkła i długimi, ciemno blond warkoczami siedzi na wiklinowym kufrze w małym pokoju. Jest zrobiona z masy plastycznej malowanej farbą, me ruchome ręce, nogi i głowę. Kiedy się ją położy – płacze. Do muzeum została podarowane w 2008 r. przez prof. Gertrude Thiele z Bannewitz pod Dreznem. Miała uzupełnić wyposażenie domu sołtysa z Gołkowicach Dolnych, rekonstruowanego wówczas w sektorze kolonistów józefińskich w sądeckim skansenie. Na Sądecczyźnie Gertrude spędziła dzieciństwo, a lalka, którą dostała jako mała dziewczynka, towarzyszyła jej w niełatwej drodze, którą – podobnie jak inni sądeccy Niemcy – musiała przebyć po 1944 roku.

Przodkowie Gertrude pochodzili znad Renu. Pradziadek Konrad Butz, w latach 80. XVIII w. przyjechał na Sądecczyznę z żoną, sześcioletnim synem Johanem i córką Kathariną Margarethą. Udi urodziła się w 1927 r. w Jazowsku, gdzie ojciec, Martin Frőhlich, pracował w fabryce mebli giętych Adera. Kilka lat później rodzina przeprowadziła się do Stadeł, wybudowała dom. Mama szyła, tato uprawiał warzywa, które woził na targ m.in. do Piwnicznej. Jako pierwszy we wsi zaczął sadzić pomidory.

We wspomnieniach z dzieciństwa powraca Dunajec i wspólne zabawy z polskimi i żydowskimi sąsiadami. „Wakacje, to było dla nas tylko kąpać w Dunajcu”, każdy zabierał chleb i spyrkę i szedł na cały dzień nad rzekę. Ulubioną zabawą było smarowanie się mułem, wszyscy byli wtedy czarni jak murzynki. Dzieci polskie chodziły do kościoła w Podegrodziu i mówiły po polsku, dzieci niemieckie mówiły po niemiecku (dialektem z Hessen-Nassau, regionu, z którego cztery pokolenia wstecz przywędrowali przodkowie), ale szybko uczyły się od kolegów nowego język. Ich kościół (większość kolonistów była ewangelikami) oraz szkoła były w Stadłach. Zdarzało się, że żydowscy sąsiedzi prosili polskie czy niemieckie dzieci o zapalenia szabasowych świec. Dzieci niemieckie z zainteresowaniem podglądały kolędników, którzy od św. Szczepana odwiedzali domy polskich kolegów. Po zapałki i papierosy dla rodziców chodziło się do karczmy prowadzonej przez miejscową rodzinę żydowską. Wtedy dla nikogo nie robiło to różnicy, „bawili się razem, wszyscy byli dziećmi, wszystko było normalnie. Zmiana przyszła przez wojnę”.

Niemieccy osadnicy dwukrotnie opuszczali swoje domy. Pierwszy raz 2 września 1939 r., wtedy dotarli tylko na Załubińcze w Nowym Sączu, gdzie wyznaczono miejsce zbiórki dla ewakuowanych. Po kilku dniach, kiedy na Sądecczyznę wkroczyło wojsko niemieckie, wrócili do rodzinnych wsi. Jednak po 39 nie było już jak zawsze, Polacy zaczęli szukać dystansu od niemieckich sąsiadów. Nastoletnią Gertrudę rodzice wysłali do szkoły w Wiedniu, a później do  gimnazjum dla niemieckich dziewcząt utworzonego w Rabce. Na stałe pożegnała się z Sądecczyzna i ulubionym Dunajcem w 1944 r., kiedy z polecenia władz niemieckie rodziny zaczęły opuszczać Polskę. Najpierw razem z rodzicami  trafiła do krewnych w Bielsku. Stamtąd na początku 45 r. wyjechała do Saksonii.

Jak Do Stadeł przyjechała w roku 1960, „by widzieć gdzie było dzieciństwo”. Nie zdecydowała się odwiedzić rodzinnego domu, nie chciała by jego nowi właściciele niezręcznie się poczuli.

Joanna Hołda

Ważniejsza literatura:
Jacek Kurzeja, Joanna Hołda, „Niemcy Galicyjscy na Sądecczyźnie”, film, Nowy Sącz  2012
Katarzyna Kobylarczyk, „W tym sęk!”, Kraków 2012
Anda Rottenberg, „Void”, [w:], „Void”, BWA SOKÓŁ, Nowy Sącz 2012
Fot. Piotr Droździk